Rozdział 50. Ukochani wędkarze

tumblr_m17ld5aAmF1r7exvr

– Draco, zabierz ją. Idźcie sprawdzić czy faktycznie są u jego matki, babki lub cholera wie kogo jeszcze. – Mężczyzna zbiera puste fiolki i pakuje je do masywnej, skórzanej torby.

– Oczywiście. Hermiono?! – Przyjaciel woła mnie ze szczytu schodów wiodących do piwnicy.

– A ty? – Mimowolnie kieruję pytanie w stronę Severusa.

– Co ja? Nie zależy ci na naszym dziecku? – syczy wściekle przez zaciśnięte zęby.

– O czym ty mówisz?! Co z Truskawką? – Wskazuję dłonią ciężko oddychające zwierzę, które zapadło w niespokojny sen.

– Zaraz ktoś pojawi się z Hogwartu. Nie bój się. Nic mu nie będzie. Przetransportują ją do Poppy.

– Obiecujesz?

– Wynoś się już, do cholery! – Ewidentnie nie wytrzymuje.

– Wal się, Snape! – krzyczę, ale nie ruszam się z miejsca.

– Draco!

– Cholera, chodź już! – Chłopak zbiega ze schodów i ciągnie moją dłoń w górę.

– Tylko daj mi znać gdzie jesteście, Malfoy. Nie mam zamiaru ganiać po tym zadupiu z różdżką w ręce. I pospieszcie dupy, do cholery!

 

 

– Jak tak na was patrzę, a już szczególnie na twoje zachowanie przy nim, to uwierz mi, czuję się tak, jakbym cofnął się w czasie. Dosłownie. – Wypowiedź przyjaciela kwituję wkurzonym prychnięciem.

– Gdzie my idziemy? – pyta, rozglądając się pytająco wokół siebie. Sto metrów za nami znajduje się ostatni dom, a przed nami rozciągają się pola zieleni.

– Są na rybach – odpowiadam zdecydowanie.

– Skąd wiesz?

– Po prostu wiem. Czuję to.

– Acha. Ok. Kobieca intuicja? –Nabija się, zapewne starając się rozładować nieszczęsne napięcie między nami, które pojawiło się wraz z przybyciem jego i Severusa.

– Nazywaj to sobie jak chcesz, zaraz zobaczysz.

 

Zbliżamy się do metalowej konstrukcji przypominającej mostek, dzięki której przechodzimy nad torami kolejowymi. Na jej końcu znajduje się niezliczona ilość schodów, które prowadzą wprost na mały skrawek żwirowej plaży.

– Będą tam, po lewej stronie. Widzisz te skały? To najlepsze miejsce moich chłopaków do połowów.

– Faktycznie są tam.

– Mówiłam ci. – Ze wzruszenia zapiera mi dech w piersiach. Mój synek siedzi Sloanowi na barana, a ten próbuje wydostać wędkę z wody, walcząc zapewne z jakąś wyjątkowo upartą rybą. Oboje wydają się szczęśliwi. Nawet tutaj, pomimo tak dużej odległości docierają do nas skrawki ich śmiechu.

– Nic z tego nie rozumiem, Herm. – Draco wydaje się skonfundowany, drapiąc w zamyśleniu palcem po brodzie.

– Czego oczekiwałeś? Że go zwiąże i będzie szczuł zaklęciami? Do diabła, Draco, to jest jego syn! Może nie z krwi i kości, ale syn! Kocha go, kiedy to, na ciężkiego Merlina, do was dotrze?

– Po prostu wiem co robił, ok? Wiem jaki jest.

– Daruj sobie. Znasz tylko jedną stronę medalu. Jak tylko zejdziemy na plażę idę sama. Ty masz zostać. Rozumiemy się?

– Nie ma mowy. Nie zostawię cię z nim samej.

– Draco, błagam. Spójrz na nich. Spójrz jeszcze raz. Przypatrz się. On jest dobry. Może nie do końca, może nie zawsze. Ale dla nas jest. Nic nam nie zrobi.

– Nie bądź idiotycznie odważna, będę za tobą, ale jeden krzywy ruch i…

– Zostań. Po prostu tu zostań.

 

Spojrzeniem staram się nakazać Malfoyowi stać w jednym miejscu, gdy sama idę do Simona i Sloana. Odrywam od nich na chwilę spojrzenie, by przejść po skałach i nie wpakować się do wody, która najprawdopodobniej jest lodowata. Synek zauważa mnie pierwszy i radośnie macha swoją pulchną rączką. Unoszę kciuk w górę i wędruję spojrzeniem na twarz Sloana. Zaskakuje mnie strach, determinacja i ból, który jest na niej wypisany. Widzę, że schyla się do synka, szepce mu coś na uszko, podaje mniejszą wędkę leżącą obok ich stóp i zmierza w moją stronę. Po dwóch, lub trzech metrach macha ręką w stronę chłopca. Nie wiem co zrobił, ale zapewne ma to związek z magią.

 

– Wiedziałem, że do mnie wrócisz. – Odzywa się pierwszy, a na twarzy ma delikatny, słaby uśmiech, który rozpoznaję od razu. Smutek.

– Sloan, nie rozumiem co się dzieje. – Próbuję zbliżyć się do niego jeszcze bardziej, ale wyciąga dłoń przed siebie i nakazuje mi się zatrzymać.

– Nie rób tego, Rebecco. Nie brnij w to dalej.

– Przecież ja, naprawdę… dowiedziałam się kilku rzeczy i nie wierzę… po prostu nie mogę, nie potrafię w to uwierzyć. Powiedz mi, że to nieprawda. – Głos mi się łamie i zdaję sobie sprawę z tego, że płaczę. Nie mogę stać obojętnie, patrzeć na niego i przyjąć do wiadomości, że jest kimś innym. Że nas okłamywał. Podświadomość wyrzuca mi, że przecież ja też nie powiedziałam mu całej prawdy.

– Och, kochanie. Jesteś taka naiwna. Taka słodka, niby niewinna. – Nabija się ze mnie. – Miałaś być moja. Tylko moja. I co? Wróciłaś splamiona. Z bękartem w łonie. Ale pokochałem go. Jak swojego. Chociaż ewidentnie mój nie jest. A ty co robisz? Po tylu latach jedziesz tam? Nie byłaś ze mną szczęśliwa? Nie zadowalałem cię? Nie robiłem wszystkiego najlepiej jak potrafiłem? Brakowało ci czegoś? Wróciłaś do nich! Do niego!

– To nie tak. Mój przyjaciel Harry. Harry brał ślub, minęło już tyle czasu, wydawało mi się, że to dobry moment. To do was wróciłam. Do ciebie. Do naszego syna.

– KŁAMIESZ!

– Sloan, błagam. Przecież tu jestem. – Wyciągam drżącą dłoń w jego stronę i stawiam mały, bardzo niepewny krok.

– Nie ruszaj się! Stój tam gdzie stoisz! Nie dam rady, rozumiesz?

– Sloan…

– Zamknij się! – Łapie swoją głowę drżącymi dłońmi, jakby próbował obudzić trzeźwość umysłu. – Myślałem, że jesteś inna. Że mnie zaakceptowałaś. Że to, co mamy – wskazuje dłonią powietrze między nami –  to, co stworzyliśmy jest prawdziwe.

– I takie było, nadal może być! – Błagającym głosem staram się przemówić mu do rozsądku.

– Całe życie, wiesz? Całe życie znosiłem cierpienie w ukryciu. – Kontynuuje tak, jakbym nie weszła mu w słowo. – Potomek Voldemorta. Pasierb. Rodzina. Chłopiec na posyłki. Kontynuator misji. Wskrzesiciel. Kochanek.

– O czym ty mówisz? – Jestem zdezorientowana. Stoję na skałach, z twarzą wystawioną w stronę lodowatego, smagającego ją wiatru i nie mogę się ruszyć. Wiem, że za chwilę wydarzy się coś ważnego. Coś strasznego. Moje ciało to czuje. I boi się. Okropnie się boi.

– Myślisz, że tego właśnie chciałem? Być takim jak on? Pałać się czarną magią? No?! Odpowiedz mi!

– Wiem, że jesteś dobry…

– Nie o to pytałem! – wrzeszczy.

 

Uzmysławiam sobie, że krzyk nie dociera do uszu mojego synka. Który nieświadom tego, co się wokół niego dzieje, z uśmiechem na twarzy odbywa rozmowę z dopiero co złowioną rybą. Mimowolnie się uśmiecham i wracam spojrzeniem do Sloana, który również obserwował chłopca.

 

– Nigdy nie pozwól mu zatracić tej części siebie, rozumiesz? Nie pozwól mu zapomnieć jak to jest cieszyć się z tak małych rzeczy.

– Zadbamy o to razem. – Zapewniam go, chociaż nie jestem już pewna niczego. Wzdycha ciężko i na kilka długich, przejmujących sekund spogląda mi głęboko w oczy.

– Powiem ci coś. Nigdy nie chciałem być taki jak Voldemort. Gardziłem nim. Nienawidziłem tego, kim się przez niego staję. Ale nie miałem wyboru. Odkąd wkroczył do mojego życia, już nigdy go nie miałem.

– Zawsze jest jakiś wybór, Sloan, zawsze. – Prycha i uśmiecha się przebiegle.

– Wiedziałem, że to powiesz. Aczkolwiek wcale nie jest to takie proste, jakby mogło się wydawać. Och, proszę – klaszcze w dłonie – witamy towarzystwo, witamy!

 

Obracam się na pięcie i dostrzegam Dracona oraz Severusa stojących na przodzie formacji, po ich bokach znajdują się Harry i Ginny wraz z partnerami. Dyrektor McGonagall i kilka innych osób, o których istnieniu nie miałam pojęcia.

 

– Widzisz, moja droga? Nie mam szans. Początkowo myślałem o sobie, że jestem kimś ważnym, moje życie na szali życia mugoli? Życia czarodziejów zrodzonych z mugolskich rodziców? Odpowiedź, jak zapewne się domyślasz, była prosta. Wtedy nie byłem takim altruistą,nie potrafiłem zrezygnować z siebie dla dobra innych. Ze swojego szczęścia. Dopiero z tobą. Z tobą byłem szczęśliwy tak naprawdę, wiesz?

– Ja też. Oboje byliśmy z tobą szczęśliwi. To wszystko, to kim jesteśmy, kim Simon jest. To również twoja zasługa.

– On naprawdę rozmawia ze zwierzętami. Musisz się tym zająć. Musisz mu wyjaśnić kim jest i pomóc. To nie są żarty. Zwierzęta, tak jak i ludzie, potrafią być okropne.

– Możemy się tym wspólnie zająć, przecież wiesz. Jesteś częścią naszej rodziny, Sloan.

– Już nie, Rebecco. To koniec – szepce cicho, a jego głos łamie moje serce.

– Co?! O czym ty mówisz?

 

Biegnę w jego stronę, próbuję do niego dotrzeć, ale przy każdym stawianym kroku oddala się ode mnie. Chcę go pocieszyć, przytulić. Zapewnić, że cokolwiek będzie się działo, zawsze mu pomogę, że będę po jego stronie. Odwracam się niepewnie w stronę Dracona i widzę bezradność wypisaną na jego twarzy. Oni też nic nie mogą zrobić.

 

– Zająłem się tymi najniebezpieczniejszymi, Snape! Zniszczyłem wszystko! Reszta należy do ciebie! – krzyczy do Severusa, chociaż cały czas patrzy na mnie. Szlocham coraz bardziej i coraz mocniej. Ból rozdziera klatkę piersiową.

– Z resztą będziecie musieli już sobie sami poradzić – tu zwraca się do mnie – jak tylko zniknę, runą wszystkie zabezpieczenia, włącznie z tym strzegącym nasz dom. Musicie się przenieść. Nikt nie może się dowiedzieć, że to ty byłaś moją żoną. Że mieliśmy syna. Rozumiesz?

– Co z nim? Jak możesz nas zostawić? – łkam.

– Robię to dla niego. Kiedyś to zrozumiesz.

 

Patrzy na nasze dziecko, które już nie szczerzy się radośnie, a przygląda ze zmartwieniem naszym twarzom. Sloan uśmiecha się do niego i machnięciem ręki zachęca do dalszych połowów. Simon, po krótkiej chwili wahania, odwzajemnia jego uśmiech i posyła naszej dwójce po buziaku. Ten mały niewinny gest, dobija moje połamane już serce. Sloan ociera twarz z łez.

 

– Dłużej już nie wytrzymam. – Wyciąga fiolkę z kieszonki na piersi i bez chwili zastanowienia wypija ją jednym haustem. Przez moment nic się nie dzieje, jednak potworny ból wykrzywia mu twarz i pada na kolana łapiąc się za brzuch.

 

Jeszcze raz próbuję do niego podbiec i na moje szczęście tym razem mogę to zrobić. Kątem oka dostrzegam jeszcze Dracona biegnącego do Simona. Musi go stąd zabrać. Nie może tego widzieć.

Dopadam do męża i biorę go w ramiona.

 

– Coś ty zrobił. Coś ty zrobił. Dlaczego, dlaczego, Sloan? Wszystko by się ułożyło. Pomogłabym ci. Dalibyśmy radę. – Scałowuję łzy z jego twarzy i szukam w niej odpowiedzi.

– Kocham cię. Zawsze… zawsze cię kochałem. – Całe jego ciało trzęsie się pod wpływem silnego kaszlu. Układam jego głowę na swoich kolanach i głaszczę po niej starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów.

– Ja ciebie też… – łkam – ja ciebie też kocham. – Całuję rozpalone czoło. Kiedy odchylam się, nasze spojrzenia spotykają się po raz ostatni i wiem, że to już ten moment. Odchodzi. Cienka mgła zasnuwa jego piękne tęczówki i dociera do źrenic. Po chwili ciałem wstrząsają ostatnie konwulsje, po czym osuwa się ono bezwładnie.

 

– Nie. Nie. Nie. Nie. Nie. Nie – krzyczę coraz głośniej, łapiąc jego ciało, starając się zebrać je jak najciaśniej tak, by jak największa jego powierzchnia do mnie przylegała.

– Proszę… dlaczego… nie. Nie. Nie. Nie. – Dopiero teraz dociera do mnie, że go kochałam. Że naprawdę go kochałam. I znowu… znowu zostaliśmy sami.

 

– Hermiono? – Nie mam pojęcia jak dużo czasu upłynęło zanim cichy głos wyrwał mnie ze studni rozpaczy, w której się znajduję. Podnoszę ciężką głowę i napotykam spojrzenie czarnych oczu.

– Musimy go zabrać. Chodź. Wstań, proszę. – Przykuca przy mnie, nie odrywając spojrzenia od mojej twarzy i wyciąga ręce w zachęcającym geście.

– Nie mogę. Nie mogę go zostawić. – Przyciskam martwe ciało do swoje piersi jeszcze mocniej.

– Proszę. Robi się ciemno. Simon ciągle o ciebie pyta. Obiecuję, że będziesz mogła się jeszcze pożegnać.

– Simon? Gdzie jest Simon? – Rozglądam się, ale nigdzie nie dostrzegam syna.

– Czeka na ciebie w domu. To co, idziemy do niego?

– Obiecujesz? – Wpatruję się hardo w jego miękkie spojrzenie i czekam na odpowiedz. Zapewne zdaje sobie sprawę, że bez tego nie odejdę.

– Obiecuję.

– Więc chodźmy. – Ostatni raz całuję zimne usta Sloana i odpycham chcące podtrzymać mnie dłonie Severusa. Nie potrzebuję współczucia. 

6 komentarzy do “Rozdział 50. Ukochani wędkarze

  1. Boszzz jakie to smutne, naprawdę wyciskacz łez. I wszystko na wielkich nerwach i stratą. Pięknie napisany ale strasznie smutny. Mam nadzieję, że jakoś to się poukłada i że rozdział będzie jakoś tak no … no jak najszybciej. :)

  2. Jednym słowem mówiąc: wow. Tyle
    Uczuć, już myślałam że wszystko sie już jakoś ułoży, wyjaśni a tu wydarzenia potoczyły sie zupełnie inaczej.
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam i niech wena będzie z Tobą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>